Przejdź do treści głównej

NGO do polityki? Zakwestionujmy „cnotę” apolityczności!

autor(ka): Jan Mencwel dla opinie.ngo.pl
2017-04-25, 15:06
MENCWEL: Na bazie mitów lat 90. powstało z gruntu fałszywe i szkodliwe nie tylko dla trzeciego sektora, ale i dla kształtu debaty publicznej przekonanie, że działalność społeczną i „polityczną” dzieli wyraźna etyczna bariera. Nie dzieli.

Z apolitycznością działań społecznych jest jak z każdą fundamentalną zasadą – jest dobra, dopóki nie zaczyna przesłaniać wszystkiego innego. Jeśli poświęcamy na coś swój czas – nierzadko po godzinach – namawiamy do tego innych, angażujemy czas, zasoby i środki – nierzadko publiczne – to kluczowe powinno być dla nas to, czy nasz wysiłek przynosi jakikolwiek efekt. Jeśli zakładana z góry „apolityczność” odcina nam istotne drogi do osiągnięcia celu naszej działalności, to czy nie jest to wystarczający powód, by z nią skończyć?

Ograniczają nas mity lat 90.

Zacznijmy od rysu historycznego. Zakładana z góry „apolityczność” działań społecznych jest jednym z kamieni węgielnych trzeciego sektora w Polsce. Warto jednak pamiętać, że ów kamień węgielny – jak i całe fundamenty – kładziono w specyficznym okresie i z tego względu budowla ta nie jest wolna od „ducha czasów”, w jakich powstawała. Rozmaite mity wczesnych lat 90.: od „końca historii”, przez wiarę w konsensus jako wartość najwyższą, przekonanie o konieczności odrzucenia tradycyjnych podziałów politycznych na lewicę i prawicę i tak dalej – przesiąknęły także i do środowiska organizacji pozarządowych.

W efekcie powstało z gruntu fałszywe i szkodliwe nie tylko dla trzeciego sektora, ale i dla kształtu debaty publicznej przekonanie, że działalność społeczną i „polityczną” dzieli wyraźna etyczna bariera – ta pierwsza jest czysta, nieskazitelna i bezinteresowna, podczas gdy ta druga to brudna gra, w której chodzi wyłącznie o tak zwany „interes polityczny”, a realne cele społeczne to tylko waluta, którą można przehandlować za ten interes.

Czasem trzeba się ubrudzić

A gdyby tak na chwilę przyjąć, że partie polityczne nie są niczym innym jak formą zrzeszania się ludzi, którzy chcą załatwiać jakieś sprawy albo walczyć o realizację pewnych postulatów? A może nie tyle ogólnie słusznych postulatów, ile interesów określonych grup społecznych? Czy to nie zaburza naszego dobrego samopoczucia, że jako działacze organizacji „apolitycznych” jesteśmy w czymś lepsi od tych, którzy wybrali politykę jako drogę załatwiania ważnych spraw? A może wręcz jesteśmy gorsi, bo ci drudzy mają więcej odwagi i wchodząc do polityki walczą o władzę i idącą za nią realną odpowiedzialność?

Dlatego zacznijmy od zakwestionowania tego, że między nami – działaczami – a politykami istnieje bariera etyczna. Nie istnieje – to po prostu inne drogi dochodzenia do zmiany społecznej. Być może z tej pozycji łatwiej będzie nam zakwestionować „apolityczność” jako najwyższą cnotę działacza społecznego. I dobrze – bo w wielu przypadkach cnota ta staje się celem samym w sobie, przesłaniając realne cele, które powinniśmy osiągać poprzez działania społeczne. A żeby je osiągać, czasem trzeba się lekko politycznie ubrudzić. Jednym z efektów stawiania „apolityczności” za cnotę najwyższą jest niechęć do bycia „niegrzecznym” i wiara w to, że do wszystkiego można dojść drogą konsensusu. To nieprawda – bardzo często lepszą drogą do wprowadzenia zmian jest wyartykułowanie konfliktu i stojących za nim racji, a także sprzecznych interesów, różnych stron.

„Koszmar partycypacji” jest przekleństwem

Innym ślepym zaułkiem działań społecznych jest wiara w to, że z władzą zawsze należy prowadzić dialog na wyznaczonych przez nią samych zasadach. Ten „koszmar partycypacji” to jedno z przekleństw dzisiejszych czasów, w których władza opanowała do perfekcji sztukę budowania iluzji wpływu na rzeczywistość przez rozmaite narzędzia partycypacyjne.

Zapominamy tymczasem, że istotne decyzje – czy to w samorządzie, czy na szczeblu wyższym – nie zapadają w drodze ważenia racji różnych stron, ale w drodze kalkulacji politycznej. A zatem wymagają woli politycznej, a żeby taką wolę wygenerować, potrzebna jest presja polityczna. A tej nie sposób wytworzyć, zamykając się w wąskich ramach partycypacji obywatelskiej.

 

Masz zdanie? Czekamy na Wasze głosy (maks. 4500 znaków) plus zdjęcie na adres:

 

Jan Mencwel – aktywista i działacz organizacji pozarządowych. Prezes zarządu w stowarzyszeniu Miasto Jest Nasze, największym ruchu miejskim w Warszawie. Działa także w Towarzystwie Krajoznawczym „Krajobraz”. Jest członkiem redakcji Magazynu „Kontakt”, publikuje regularne komentarze i felietony na tematy warszawskie w „Gazecie Stołecznej”.

Opr.: Ignacy Dudkiewicz, opinie.ngo.pl ()


Czym żyje III sektor w Polsce? Jakie problemy mają polskie NGO? Jakie wyzwania przed nim stoją. Przeczytaj debaty, komentarze i opinie. Wypowiedz się! Odwiedź serwis opinie.ngo.pl.

Informacja własna portalu ngo.pl

Uwaga! Przedruk, kopiowanie, skracanie, wykorzystanie tekstów (lub ich fragmentów) publikowanych w portalu www.ngo.pl w innych mediach lub w innych serwisach internetowych wymaga zgody Redakcji portalu!
Wyraź opinię 28 5

Skomentuj

KOMENTARZE

  • Apolityczność NGO ~Stach Głąbiński 27.04.2017, 02:31 Autor nie podał przykładu pozytywnego łącznia polityki z działalnością NGO. Znam przykłady wykorzystania do polityki harcerstwa lub kościelnej ambony, ale są to patologie. Znam również przykłady nieetycznego postępowania czy to w polityce, czy u społeczników, jednak fakt, iż w polityce zdarza się to częściej, nie upoważnia do stwierdzenia, że polityka jest nieetyczna. Z kolei dialog władzy z NGO winien odbywać się wg reguł wyznaczanych przez prawo. Pewnie i tu zdarzają się nieprawidłowości, ale skąd jakiś koszmar? Być może, moje zastrzeżenia wynikają z niezrozumienia wynikającego z braku konkretnych przykładów ilustrujących wygłaszane tezy. ODPOWIEDZ
  • [+] Rozwiń komentarz odp ~Joanna 26.04.2017, 09:07 Mądry tekst! ODPOWIEDZ

Redakcja www.ngo.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy

  • organizacje w polityce
  • państwo, polityka
  • rzecznictwo, lobbing
  • społeczeństwo obywatelskie
  • standardy, etyka