Przejdź do treści głównej

Jak nie zabić dobroczynności? Budujmy kulturę dawania

autor(ka): Marek Rymsza, opr.: Ignacy Dudkiewicz
2015-01-05, 12:46
archiwalne
RYMSZA: Warto zakorzeniać kulturę dawania, a więc uwrażliwiać społeczeństwo na to, że dar to umiejętność podzielenia się z innymi tym, co do nas faktycznie należy. A tymczasem w ostatnich latach zbyt mocno akcentujemy dawanie pozorne, czemu służy między innymi promocja mechanizmu 1% jako formy filantropii. I to się, niestety, mści.

Koszty administracyjne to ważny aspekt dyskusji o efektywności akcji charytatywnej. W żadnym razie nie można go pomijać, ponieważ darczyńcy przekazują pieniądze na cele statutowe organizacji pozarządowych. Oczywiście, realizacja tych celów pociąga za sobą określone koszty operacyjne, ale trzeba dbać, by stanowiły one możliwie niewielki procent budżetu organizacji dobroczynnej. W skrajnych przypadkach, a nie są one wydumane, jeżeli takie koszty przekraczają 50% budżetu, to pojawia się zasadne pytanie o to, kto jest głównym beneficjentem akcji dobroczynnej: czy ten, do kogo adresowana jest pomoc, czy też sami operatorzy?

Potrzeba refleksji

Prowadzenie działalności dobroczynnej opiera się na logice obniżania kosztów operacyjnych. Dlatego właśnie państwo przyznaje ulgi podatkowe darczyńcom organizacji dobroczynnych, a same te organizacje nie odprowadzają podatku dochodowego od pozyskanych środków, a także często korzystają z ulg przy wynajmie lokali; wreszcie mogą korzystać z nieodpłatnego zaangażowania wolontariuszy. Wszystkie te rozwiązania mają jeden cel: sprawienie, by koszty administracyjne działalności dobroczynnej były możliwie niskie. Skoro więc organizacje korzystają z takich udogodnień formalno-prawnych, to i na poziomie zarządzania powinny starać się koszty operacyjne obniżać.

Nie sposób rzecz jasna wyznaczyć procentowego poziomu kosztów „usprawiedliwionych”, zależą one od rodzaju prowadzonych działań, aktualnego poziomu cen i innych okoliczności; jednak każda organizacja powinna podjąć w tej materii refleksję. Można zresztą sformułować trzy w miarę uniwersalne wskazówki praktyczne.

Koszty krańcowe

Po pierwsze, należy zachowywać zdrowy rozsądek co do skali akcji fundraisingowych. Wszelkie „nakręcanie” wyników zbiórek publicznych, polegające na budowaniu przeświadczenia, że musimy za wszelką cenę zdobyć jak najwięcej, jest społecznie szkodliwe. Uwaga ta odnosi się między innymi do Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, która wypromowała styl bicia rekordów, narrację, według której w każdym kolejnym roku należy zebrać więcej pieniędzy niż w poprzednim. A w zasadzie dlaczego? Zbierajmy w sposób dobrze zorganizowany tyle środków, ile ludzie chcą nam przekazać, i cieszmy się z tego, ile udaje się zebrać. Przekonanie, że musimy zebrać więcej pieniędzy niż w roku poprzednim prowadzi prostą drogą do podwyższania kosztów administracyjnych.

Ekonomia zna pojęcie „kosztów krańcowych”. Każdy kupiec wie, że im bardziej nasycony jest rynek danego produktu, tym każdy kolejny egzemplarz sprzedać jest coraz trudniej. W pewnym momencie zaś koszty promocji „podkręcającej” sprzedaż okazują się wyższe niż korzyść uzyskana z samej sprzedaży. Podobne zjawisko obserwujemy w przypadku akcji dobroczynnych. Od pewnego momentu koszt zebrania kolejnej złotówki okazuje się wyższy niż jeden złoty, co oznacza, że dalsza akcja fundraisingowa przestaje mieć sens. Nie należy więc inwestować w akcje towarzyszące zbiórce przesadnie dużych środków, bo może okazać się, że generujemy nie zysk, a stratę.

Potrzeba wolontariatu

Po drugie, dobra akcja dobroczynna oparta o zbiórkę funduszy powinna być powiązana z wolontariatem w zakresie jej obsługi. Nie jest rozwiązaniem etycznym, jeżeli ludzie dobrowolnie przekazują fundusze, a na przykład zbierający do puszek pobieraliby wynagrodzenie od godziny czy prowizję od zebranej sumy. Także artysta uświetniający galę dobroczynną powinien mieć zagwarantowane pokrycie kosztów występu, ale już z gaży powinien zrezygnować. Jeżeli prowadzimy akcję dobroczynną nośną na tyle, że ludzie chcą ją wspierać finansowo, to logicznym wydaje mi się przyjęcie założenia, że inni ludzie powinni chcieć przy tej akcji społecznie popracować.

Przy dużej, cyklicznie powtarzanej akcji pewne prace trzeba wykonać w systemie odpłatnym, ale wolontariuszy nie może zabraknąć. Tak więc, jeżeli organizacja chce namawiać ludzi do przekazywania pieniędzy, to powinna równocześnie wykonać pracę mającą na celu pozyskanie wolontariuszy do udziału w akcji fundraisingowej.

Dawanie pozorne

Po trzecie, warto zakorzeniać kulturę dawania, a więc uwrażliwiać społeczeństwo na to, że dar to umiejętność podzielenia się z innymi tym, co do nas faktycznie należy. A tymczasem w ostatnich latach zbyt mocno akcentujemy dawanie pozorne, czemu służy między innymi promocja mechanizmu 1% jako formy filantropii. I to się, niestety, mści. 1% nie jest bowiem działalnością dobroczynną, tylko udziałem obywateli w alokacji środków publicznych. I jako takie to rozwiązanie powinno być przedstawiane i upowszechniane. Jeżeli zamiast tego przekonuje się ludzi, że są dobroczyńcami, bo przekazują komuś 1% podatku należnego państwu, to wytwarzamy przekonanie, że najlepiej jest dawać w taki sposób, żeby ktoś zyskał, ale żebym ja sam przypadkiem nie stracił.

W konsekwencji 1% nie promuje filantropii, tylko ją zastępuje. Za pomocą tego mechanizmu nie wyrabiamy odruchu dawania, a promujemy jego substytut, takie „dawanie na koszt ogółu”. Kultura dawania to zaś zakorzenione wzory dzielenia się tym, co do nas należy z tymi, którym brakuje. Kultura dawania wiąże też przekazywanie funduszy z osobistym zaangażowaniem. Badania amerykańskie pokazują, że w Stanach Zjednoczonych – a jest to, zaznaczmy, państwo o ugruntowanej kulturze dawania – że obywatele, którzy przekazują pieniądze, częściej i w większym wymiarze niż pozostali angażują się w wolontariat.

Podsumowując, zaangażowanie wolontariackie nie jest alternatywą dla przekazywania funduszy, ale elementem koniecznym każdej akcji dobroczynnej. Obniża jej koszty administracyjne, jest potwierdzeniem trafności wyboru celów akcji i ugruntowuje kulturę dawania, tak, aby była ona „czynna” na co dzień, a nie tylko od święta.

 

Marek Rymsza – socjolog, doktor habilitowany; pracuje naukowo na Uniwersytecie Warszawskim. Jest redaktorem naczelnym kwartalnika „Trzeci Sektor”, a także członkiem Laboratorium Więzi.


Informacja własna portalu ngo.pl

Źródło: inf. własna (ngo.pl)
Uwaga! Przedruk, kopiowanie, skracanie, wykorzystanie tekstów (lub ich fragmentów) publikowanych w portalu www.ngo.pl w innych mediach lub w innych serwisach internetowych wymaga zgody Redakcji portalu!
Wyraź opinię 21 4

Skomentuj

KOMENTARZE

  • A może nie dawania, a dzielenia się ~Dorota 12.01.2015, 10:17 Jest taka historia o bodaj 20 rupiach przytaczana przez autora książki "Wszystkiego, co najważniejsze nauczyłem się w przedszkolu". Jakiś wysoki indyjski urzędnik nie miał kiedyś tych 20 rupii, ktoś mu je dał, nie chciał zwrotu, ale poprosił, by obdarowany dzielił się tym później z innymi. I ponoć ostatnim czynem w życiu tego człowieka było danie tych 20 rupii pewnemu potrzebującemu. Bardzo spodobała mi się ta historia, bo jest w niej taki element wymiany. Dziś potrzebuję i dostaję, jutro mam i daję innym, ale ta wymiana trwa nadal. ODPOWIEDZ
  • Ulgi dla niektórych ~Włodzimierz Zwierzyna 07.01.2015, 08:00 Szkoda jednak, że tylko niektóre obszary aktywności społeczne są zwalniane od podatków, a darczyńcy nie są karani za ich dobrą wolę. W sferze kultury, aktywność darczyńców jest ukarana podatkiem od darowizny, a działanie społeczne wolontariusze w minimalnym stopniu jest zauważalne. Szkoda, że są lepsi i nienormalni. ODPOWIEDZ
  • "Wujek Dobra Rada" ~Czernecki Dariusz 07.01.2015, 05:24 Jeden z wielu artykułów " demagogiczno - życzeniowych" typu " powinno być lepiej, niech ktoś coś z tym zrobi, lepiej być młodym i zdrowym niż starym i chorym". Autor oprócz dobrych rad mógłby wnikliwiej przyjrzeć się kondycji polskiego społeczeństwa i zauważyć, że liczba wolontariuszy stałych - czyli takich którzy biorą udział w ciągłej pracy niesienia pomocy innym - to okolice BŁĘDU STATYSTYCZNEGO! Twierdzenie jakoby nieetycznym było wynagradzanie ludzi za pracę na rzecz organizacji non profit może świadczyć o braku wnikliwej analizy tematu ich funkcjonowania. Wolontariuszy do stałej pomocy po prostu ... nie ma. Piszę do z własnego doświadczenia , jako wiceprezes stowarzyszenia niosącego pomoc starszym osobom. Brak funduszy na opłacenie pracowników równa się znikomej pomocy niesionej potrzebującym. Taka jest smutna, polska rzeczywistość pozbawiona głębokich wartości humanistycznych, a skoncentrowana na dobrach materialnych lansowanych przez media. Albo organizacja pozyska środki na opłacenie działania albo przestanie istnieć. Tak wygląda rzeczywistość. ODPOWIEDZ

Redakcja www.ngo.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy

  • 1%
  • dobroczynność, filantropia
  • PR, promocja, wizerunek
  • profesjonalizacja, podnoszenie kwalifikacji
  • społeczeństwo obywatelskie
  • standardy, etyka
  • wolontariusze